CZYTAMY

CZYTAMY

Szukaj na tym blogu

piątek, 9 października 2015

Tina Oziewicz: "Moje (opowieści) są (...) kolażami z fragmentów rzeczywistości" - wywiad


Ilustracja z książki Tiny Oziewicz "O wiadukcie kolejowym, który chciał zostać mostem nad rzeką", il. Marta Ignerska.
     
Tina Oziewicz (ur. 1971) to literaturoznawczyni, która z pasją opowiada o roli bajek - tych dawnych, doskonale znanych i całkiem współczesnych. To także pisarka dla dzieci i młodzieży, której ciekawa, oryginalna twórczość potrafi dać do myślenia nie tylko młodym czytelnikom, ale i tym dorosłym. Dziś opowiada nam - między innymi - o tym, jak kiełkuje Wieża Eiffla.

DZIECIO-mamia: Dedykuje Pani swoją twórczość dzieciom, a jednak nie jest ona wcale łatwa w odbiorze. Elementy sztuki (jak „Powidok słońca” czy Wieża Eiffla), odwołania do dzieł literackich (Biblia, Mały Książę). Dlaczego?

Tina Oziewicz: Coś w tym jest, ale będę się starała usprawiedliwić. Rzeczywiście nie piszę o krasnoludkach i królewnach, tylko o nietypowych bohaterach, i wplatam czasami w tekst wątki spoza spektrum tematów dziecięcych, ale staram się to robić nienachalnie i wtedy, gdy ma to głębsze uzasadnienie. Mogłabym powiedzieć, lekko przewrotnie, że tam wcale nie ma „Powidoku słońca”, Małego Księcia ani Biblii – jest tylko obraz, na którym namalowano promienie słońca, bardzo stara książka, w której wąż pełza po ludziach i namawia ich do zrywania jabłek (co niezmiernie oburza robaczka, mieszkającego w jabłku), i wspomnienie z dzieciństwa jednego z bohaterów, w którym pojawia się dziwny chłopczyk (o którym kiedyś czytał), jakiś Francuz-nie-Francuz w za dużym płaszczu, i przypomina mu, że są rzeczy ważniejsze od pieniędzy. A że nawiązuję w ten sposób do obrazu, który istnieje naprawdę, lub do innych książek, Księgi Rodzaju i Małego Księcia, czy to w czymś szkodzi? Myślę, że nie. Bajki dla dzieci nie muszą być sterylne, pozbawione powiązań z realnym światem i z kulturą w szerszym sensie. Moje są zawsze kolażami z fragmentów rzeczywistości.

Czy to, co piszę, jest trudne w odbiorze? To zależy – myślę, że trzeba trafić na swojego czytelnika. Grupa wiekowa jest tu jakąś wskazówką, ale też nie jest tak, że książka adresowana np. do siedmiolatków spodoba się każdemu siedmiolatkowi. To kwestia indywidualnego gustu, a dzieci różnią się pod tym względem tak jak dorośli. Natomiast nie powinno się całkowicie lekceważyć oznaczenia wieku i czytać książki przeznaczonej dla dziewięciolatków pięciolatkowi, bo to jest chyba za duży przeskok. Trzy z moich książek są oznaczone 8+, więc jeśli ktoś chciałby sprezentować Powidoki, Pamiątkę z Paryża czy Dzikich lokatorów młodszemu dziecku, to ja bym odradzała. Te książki są raczej dla dziewięcio-, dziesięciolatków. To już nie są przedszkolaki, tylko protonastolatki. Nie straszna im wieża Eiffla, duchy, robaki, muzeum czy laboratorium – już wiedzą, z czym to się je.

Natomiast Tyranozaur i traktorzystki i bajki ze zbioru O wiadukcie kolejowym, który chciał zostać mostem nad rzeką są dla małych dzieci, takich w wieku przedszkolnym. Nie spotkałam się jeszcze z opinią, że są trudne w odbiorze. Z drugiej strony – one też opowiadają o zwykłych przedmiotach, nie ma w nich magii i takiej klasycznej bajkowości.

Ilustracja z książki Tiny Oziewicz "O wiadukcie kolejowym, który chciał zostać mostem nad rzeką", il. Bogna Pniewska.
  
DZIECIO-mamia: Jaką zatem rolę - według Pani - powinna pełnić książka dla dzieci? Czy nowoczesna literatura powinna wypierać bajki i baśnie?

Tina Oziewicz: Hmm, przede wszystkim nie umiem sobie tego wyobrazić. Nie sądzę, żeby współczesne książki dla dzieci mogły kiedykolwiek wyprzeć klasykę – Andersena, Hoffmana, baśnie braci Grimm, mity czy legendy. Te rzeczy są stare (lub zbudowane z bardzo starych składników) i mocne jak skała, jeśli przyjmiemy za Terrym Pratchettem, że historia jest formą życia, która rośnie i utrwala się z każdym kolejnym opowiedzeniem. Dodatkowo, dzięki rozwojowi popkultury i technologii te stare opowieści zmaterializowały się w świecie poprzez niezliczone adaptacje, interpretacje, filmy, ilustracje i wzory na piżamach. Nie wierzę, że mogłyby kiedykolwiek zostać zapomniane, wymazane z naszej świadomości. Taki Czerwony Kapturek to popkulturowy odpowiednik piramidy Cheopsa – zawsze był i zawsze będzie, nawet gdy już inne imperia i bohaterzy przeminą.

Nowoczesne bajki, sięgające po inny język, innych bohaterów i inne motywy niż „Był sobie król” mają natomiast prawo do istnienia obok klasyki. Nie jako rywalizacja, lecz jako sztuka swojego czasu. Nie są zagrożeniem dla opowieści o syrenkach, smokach, goblinach i czarownicach w chatce na kurzej nóżce i na pewno ich nie wyprą. Są raczej czymś, co wyrasta z tej samej potrzeby opowiadania, nazywania rzeczy, zabawy językiem, testowania granic nieprawdopodobieństwa wydarzeń, wymyślania rzeczy nieistniających, które przez krótką chwilę, gdy o nich czytamy, wydają się istnieć naprawdę.

Ale literatura dla dzieci, szczególnie klasyka, spełnia na pewno dużo większą rolę niż zapewnienie rozrywki. Opowieści pozwalają oswoić świat. Paradoksalnie bajki osiągają ten efekt poprzez uświadomienie dzieciom, że świat jest dużo większy i dziwniejszy niż moglibyśmy sobie wyobrazić, a jednak, mimo tego, że akcja dzieje się za siedmioma morzami i dotyczy kogoś, kto nas w ogóle nie przypomina i ma inne problemy niż my, śledzimy historię ze zrozumieniem i przejmujemy się losem bohaterów. A więc tam, za tymi siedmioma górami, jest trochę jak tu. Ktoś skrzywdzi, ktoś pomoże. Ktoś spełni swoje marzenia, ktoś nie. Ale można zmienić swój los. Można wyjść cało z niebezpieczeństw.

Bajki, w ogóle historie, pomagają nam zrozumieć innych i zrozumieć siebie. Te, które angażują emocjonalnie, są najlepszym ćwiczeniem empatii. Pozwalają uporządkować wewnętrzne doświadczenia, nazwać uczucia, zrozumieć swoje reakcje, zrozumieć czyjeś motywy postępowania. Niektórzy traktują je z lekceważeniem, właśnie dlatego, że w dawnych bajkach wszystko jest trochę uproszczone, schematyczne jak litery na tablicy w pierwszej klasie. Oczywiście, że tak, właśnie dlatego, że np. tradycyjne bajki ludowe stanowiły swoisty elementarz emocji i zasad postępowania. Małe dziecko często właśnie z bajek poznawało elementarne przykłady dobra i zła: cierpliwości, odwagi, zazdrości, chciwości, gościnności, wdzięczności, pychy, szacunku, wspaniałomyślności, słowności, hojności i ich skutków: nagrody bądź kary. A zarazem to nie są przecież żadne proste przepisy czy mapy, prowadzące po strzałkach do skarbu, tylko dziwne i tajemnicze historie, nierzadko z dreszczykiem, w których ludzie są wystawiani na próbę. I tu jest znowu paradoks: próby, przed którymi staje postać w bajce, są zupełnie nieprawdopodobne i nikomu z nas nie grozi, że znajdzie się w takiej sytuacji jak bohater tej czy innej baśni, a mimo to wywołują emocje, jakby trafiały prosto w jakiś psychiczny nerw. Bo to są sytuacje, które odsłaniają przed nami prawdę o nas samych. O co byś poprosił, gdyby dżin uwolniony z butelki mógł spełnić twoje trzy życzenia? Czy po spełnieniu trzeciego i ostatniego życzenia wypuściłbyś złotą rybkę z powrotem do jeziora, czy zaniósł do akwarium? Czy dotrzymałbyś obietnicy, danej zwierzęciu (czyli słabszemu od siebie)? Co byś powiedział na widok nagiego cesarza? To, co wszyscy? „Piękny płaszcz”? A już postawić się na miejscu Gerdy, zakochanej syrenki czy siostry siedmiu braci zamienionych w łabędzie, tej, która tka koszule z pokrzyw, czy to nie jest prawie że ćwiczenie duchowe? Naprawdę myślę, że czytanie i słuchanie baśni i bajek kształtuje nas wewnętrznie w dzieciństwie, że ma wpływ na to, jakimi ludźmi jesteśmy. Niektórzy przypisują takie rzeczy, jak zmysł etyczny, kręgosłup moralny czy umiejętność odróżniania dobra od zła lekcjom religii – ja byłabym skłonna przypisać je bajkom.


DZIECIO-mamia: A skąd biorą się pomysły na kiełkujące Wieże Eiffla i genetycznie modyfikowane pomniki przyrody?

Tina Oziewicz: Chyba bardziej z obaw co do tego, w jakim kierunku to wszystko zmierza, niż z entuzjazmu do postępu technicznego. Inspiruje mnie przyroda – to takie drewniane zdanie, ale tak jest. Przyroda mnie zadziwia – jej różnorodność, mechanizmy przetrwania, no i ten jej optymizm. Nie wiem, jak ona to robi, że jeszcze nie zniknęła: w końcu mamy antropocen, co te drzewa tu jeszcze robią? Albo te wszystkie zwierzęta, które jeszcze żyją na wolności. Jeszcze się nie zorientowały, że nie ma dla nich miejsca na Ziemi, Planecie Ludzi? Że są tu dzikimi lokatorami?
Rozglądam się wokół i widzę niepowstrzymany rozlew asfaltu i plastiku. Z raportów ekologów WWF czy Greenpeace wynika, że za kilka dekad wiele gatunków zwierząt będzie już tylko w ZOO. Co wtedy? Jestem pewna, że pojawią się różna pomysłowe wynalazki, które nam zrekompensują brak śpiewu ptaków i takie tam. Maleńkie drony w kształcie motyli, latające nad trawnikami (i przy okazji rejestrujące wszystko wokół). Hologramy saren i zajęcy, hasających na niby pośród łanów genetycznie modyfikowanej soi...
Trzymam kciuki za przyrodę, ale obawiam się że przetrwają tylko te ekosystemy, które będą ogłoszone rezerwatami. W tym sensie przesłanie Dzikich lokatorów, by skorygować nasz stosunek do przyrody, jest jak najbardziej poważne, chociaż wkładam je w usta węża i robaka.

Pamiątka z Paryża, opowiadanie o jednym z moich ulubionych obrazów Wilhelma Sasnala, też wzięło się z podobnych ekologiczno-katastroficznych rozmyślań. Obraz (jego reprodukcja jest na obwolucie Pamiątki z Paryża) przedstawia panoramę centrum Paryża – z przyszłości, jak się domyślamy. Widok jest apokaliptyczny: zapadnięta wieża Eiffla, wokół niej wyrastają żeliwne pręty, ludzi brak, co się tutaj wydarzyło? Coś, co się nie wydarzy – odpowiadam, ponieważ opowiadanie jest generalnie dla dzieci. To się nie stanie, bo to niemożliwe, żeby wieża Eiffla zaczęła się rozsiewać i kiełkować gdzie popadnie. A skąd! Nasze twory są pod naszą kontrolą. Miasta się niekontrolowanie nie rozsiewają. Ale pomiędzy wierszami da się (być może) usłyszeć pewien niepokój co do niepowstrzymanego rozrostu ludzkiej cywilizacji, która wypiera przyrodę i prędzej czy później dotrze wszędzie i pokryje każdą piędź ziemi. 
 
Ilustracja z książki Tiny Oziewicz "Pamiątka z Paryża", rys. Jacek Ambrożewski.

DZIECIO-mamia: "Powidoki" i "Pamiątka z Paryża" powstały jako fragment serii „Mały koneser” Czy to oznacza, że tematy zostały Pani po części narzucone? Przyszły do Pani właścicielki wydawnictwa Dwie Siostry i powiedziały – widzimy to tak, chcemy to i to?

Tina Oziewicz: Nie, miałam całkowitą wolność twórczą co do tekstu. Jedyne ustalenia dotyczyły malarzy, wydawnictwo zaproponowało mi Strzemińskiego i Sasnala (których lubię i bardzo cenię, więc chętnie się zgodziłam), ale już konkretny obraz miałam wybrać sobie sama. Po prostu praca marzeń (śmiech). Co do opowiadania, jedynym wymogiem było to, że ma być ciekawe. Miało sprawić, żeby dziecko chciało zobaczyć ten obraz. Żeby na dźwięk słowa „malarstwo” w głowie pojawiło się jakieś barwne skojarzenie i nazwisko jakiegoś malarza, który nie nazywa się Matejko. Chodziło po prostu o zainteresowanie dzieci malarstwem. Bo tradycyjna, statyczna sztuka, wydaje się znikać, odchodzić w przeszłość – przegrywa z kreskówkami, z filmami, z grami komputerowymi i nowymi technologiami. Dwie Siostry chciały tą serią zabełtać wodę w stawie z nenufarami, uczynić malarstwo atrakcyjnym, skusić dzieciaki do zajrzenia kiedyś do galerii sztuki czy do muzeum.

Ilustracja z książki Tiny Oziewicz "Pamiątka z Paryża", rys. Jacek Ambrożewski.

DZIECIO-mamia: A jak – w Pani przypadku – wygląda cały proces twórczy? Tak krok po kroku...


Tina Oziewicz: Odpowiedź zajęłaby pewnie z godzinę, bo z każdym opowiadaniem było trochę inaczej. Trudno mi znaleźć jakiś wspólny mianownik, piszę jakoś tak mimochodem, nie mam żadnych metod czy rytuałów. Zdarzyło mi się pisać mając w głowie całość fabuły (Dzicy lokatorzy, Gronostaj ze swoją panią), zdarzyło mi się pisać mając tylko jedno pierwsze zdanie i nic poza tym (Powidoki i wszystkie bajki ze zbiorku O wiadukcie kolejowym), zdarzyło mi się pisać od środka (Pamiątka z Paryża) czy od pojedynczego kadru (Tyranozaur i traktorzystki). W inne szczegóły tym bardziej nie ma co wchodzić, bo zrobi się jeszcze bardziej chaotycznie: bywa tak, że tekst jest gotowy niemal za pierwszym zapisem, a inne przerabiam po kilka razy. Czasami piszę na kartkach, czasami na komputerze. Nie, moje „procesy twórcze” są chyba nie do przełożenia na jakiś schemat.


DZIECIO-mamia: A czy zakończenie książki potrafi zaskoczyć twórcę? Czy Panią kiedyś zaskoczyło?


Tina Oziewicz: Nie tak jak początki. Początki mnie bardziej zaskakują. Zakończenie, bądź co bądź, wynika z tego, co je poprzedza i nawet gdy nie jest z góry zaplanowane czy przewidziane (u mnie z reguły nie jest), to jednak zbliżamy się do niego po nitce fabuły. Ale na początku jest nieznana przestrzeń, która żyje i rządzi się swoimi prawami. Najczęściej widzisz tylko jakiś wycinek tej przestrzeni i stopniowo odkrywasz co będzie dalej czy co było przedtem. Tym wycinkiem, który jest zaczynem historii (niekoniecznie chronologicznym początkiem), może być cokolwiek: postać, miejsce, pytanie, zdanie, słowo, epizod, obraz. To jest prawdziwie niezwykłe. I przyznam, że ja tak naprawdę nie lubię tego uczucia, kiedy jakaś historia zaczyna mi kiełkować w głowie. Bo to wciąga i rozprasza. Czasami trzeba którąś zapisać zwyczajnie po to, żeby przenieść ją z głowy na kartkę czy plik, żeby przestała się rozwijać i rozrastać.


DZIECIO-mamia: A ilustracje? Na pewno ma Pani jakąś swoją wizję scenerii, bohaterów, a tu... trzeba ją połączyć z tym, co wyobraził sobie grafik. Czy autorowi nie mrozi to krwi bardziej, niż wiernemu czytelnikowi obsada ról do powieściowej ekranizacji?

Tina Oziewicz: Znam to uczucie, to nie żarty... Obsada ról w filmach na podstawie moich ulubionych książek jest dla mnie przeważnie źródłem dyskomfortu i cierpienia! (śmiech). Ale na szczęście nic podobnego mi się nie włącza w przypadku ilustracji opowiadań. Daję grafikowi prawo do swojej wizji, która może mnie zupełnie zaskoczyć. Lubię takie zaskoczenia. I dobrze się składa, bo jeszcze mi się nie zdarzyło, żeby ilustracje i ogólnie szata graficzna były odzwierciedleniem tego, co miałam w głowie przy pisaniu. Są inne, swoje własne, wypełnione swoją własną energią. Ale czy w ogóle mogłoby być inaczej? Jakie jest prawdopodobieństwo, że dwie różne osoby, słysząc słowo „rzeka” czy „dziewczynka” zobaczą tę samą rzekę i identyczną dziewczynkę?


DZIECIO-mamia: Grafiki do której ze swych książek lubi Pani najbardziej? Dlaczego?


Tina Oziewicz: W każdej książce mam swoje ulubione ilustracje. Może je sfotografuję i prześlę Pani zdjęcia kilku moich ulubionych kadrów? Przede wszystkim muszę powiedzieć, że miałam mega szczęście do ilustratorów. Oryginalność i urok moich książek to w dużej mierze ich zasługa. Już mnie o to pytano, którą książkę lubię najbardziej, i nawet sama dla siebie próbowałam ułożyć je w jakiś ranking, ale tylko coraz bardziej utwierdzałam się w poczuciu, że nie potrafię. Każda książka jest inna, to sześć oryginalnych stylów, i każda ma swój niepowtarzalny klimat.

Ilustracja z książki Tiny Oziewicz "Dzicy lokatorzy", il. Marta Szudyga.

DZIECIO-mamia: A teksty? Trudno ocenia się własną twórczość, zatem – który z nich wydaje się najbliższy Pani sercu?

Tina Oziewicz: Powidoki – bo świetnie się bawiłam przy pisaniu. Ale to nie jest ocena tekstu, bo nie widzę go od strony czytelnika, że się tak wyrażę, tylko wspomnienie związane z pisaniem.


DZIECIO-mamia: Powstaną kolejne książki?

Najtrudniejsze pytanie zostawiła Pani na koniec... (śmiech). Nie wiem tego. Naprawdę trudno powiedzieć. Ale, z drugiej strony, żadna z moich książek nie była planowana, więc to, że nie mam kolejnych w planach, nie znaczy, że ich nie będzie. 

W imieniu portalu DZIECIO-mamia rozmawiała Małgorzata Powirska-Rządzińska (autorka bloga czytajki.blogspot.com)


Ilustracja z książki Tiny Oziewicz "O wiadukcie kolejowym, który chciał zostać mostem nad rzeką", il. Bogna Pniewska.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Spodobał Ci się nasz tekst? Nie zgadzasz się z nim? Napisz nam o tym!